środa, 16 listopada 2016

O książce „Dziennik Toskański” Tessy Capponi-Borawskiej


Książek o Toskanii jest w bród (sama pisałam już o „Głosach Toskanii”, „ToskAnia, że mucha nie siada” czy "Smakując Toskanię", a przecież to tylko kropla w oceanie literatury o tym regionie). Autorka „Dziennika Toskańskiego” też już we wstępie książki zwraca na to uwagę, odpowiadając jednocześnie na wiszące w powietrzu pytanie „po co pisać kolejną książkę o Toskanii?” słowami: „Po prostu chciałam i już.” Ja nie mam autorce za złe, bo „Dziennik Toskański” to lektura inna niż wszystkie! To w sumie nie jest przewodnik po współczesnej Toskanii (chociaż wplecione jest w tekst trochę porad o tym jak podróżować i informacji o zabytkach toskańskich miast), a raczej po krainie „przed-turystycznej” - prawdziwej, wiejskiej idylli widzianej oczami małej dziewczynki przyjeżdżającej tu co roku na wakacje. 

toskania ksiazkaAutorka książki - Tessa Capponi-Borawska - urodziła się w Toskanii i od młodości, spędzanej na przemian we Florencji i na toskańskiej wsi, chłonie włoską kulturę wszystkimi zmysłami. Jako dziecko uczestniczyła w toskańskich winobraniach, jadła włoskie przysmaki, spacerowała po polach wokół Villa Calcinaia (letniej rezydencji od pokoleń należącej do jej rodu – Capponich) oraz zbierała kasztany i grzyby w okolicznych lasach. Przez to, jej spojrzenie na Toskanię jest zupełnie inne niż to zwykłego turysty (nawet najbardziej w Toskanii zakochanego). Inaczej opowiada się przecież o miejscu, gdzie spędza się wakacje, a inaczej o domu... jakim Toskania niewątpliwie jest dla Autorki.

Książka ma formę osobistego pamiętnika, opowiadającego o 27 dniach spędzonych przez Panią Tessę z rodziną w Toskanii. W codziennych wpisach czuć nostalgię, miłość, może nawet tęsknotę za życiem we Włoszech. Toskanię Pani Tessa traktuje jako miejsce, gdzie zapomina o problemach codzienności, gdzie jest wolna. Dlatego przyjeżdża tu na wakacje, bo „włoskie słowo vacanza (tłum. wakacje) pochodzi od łacińskiego vacare, które pierwotnie oznaczało bycie opróżnionym, bycie wolnym od czegoś”.
 
Opisy wizyt u znajomych, zwiedzania miast, stołowania się w restauracjach są bardzo emocjonalne i sprawiają, że czytając o bajkowej krainie, która wypełnia wspomnienia Autorki, robi się ciepło na sercu. Jak inaczej potraktować słowa:  

„Na tę ziemię trzeba patrzeć, trzeba jej słuchać, wąchać ją albo wręcz smakować w całkowitym milczeniu. Nasze krajobrazy, naszą twardą mowę, nasze wino trzeba 'dotykać' bez pośpiechu i nie liczyć na to, że wszystko da się zrozumieć.” 

Byłam w Toskanii (czytaj tutaj) i jestem tym miejscem szczerze zachwycona, ale Toskanię zrozumiałam chyba dopiero po przeczytaniu „Dziennika”. Spojrzałam na nią trochę innymi oczami. I tak jak książkę „ToskAnia, że mucha nie siada” polecałam tym, którzy we Włoszech nie byli to „Dziennik Toskański” polecam tym, którzy myśleli, że już nic odkrywczego o Włoszech nie przeczytają. I w sumie chyba w większości kobietom (jeśli mężczyznom, to tym emocjonalnym), bo głównym walorem książki jest właśnie jej romantyczna, nostalgiczna atmosfera. O wartości merytorycznej może natomiast świadczyć fakt, że "Dziennik" często jest cytowany w opracowaniach na temat Włoch np. w "Włosi. Życie to teatr" Macieja A.Brzozowskiego.

Tessa Capponi-Borawska zbiera nas na spacer po swoich ulubionych miejscach. Oprowadza m.in. po Florencji, Pizie i Sienie, ale tez po małych miasteczkach jak Greve, Torsoli, Sansepolcro, Badia a Coltibuono, Pienzie, Bagnoregio, Civita, Orvieto, Bomarzo, Bagnai, Capraroli i innych miejscach tej mniej turystycznej Toskanii. Poza tym otwiera przed nami drzwi do domów swoich włoskich przyjaciół, pokazuje miejsca ze swojego dzieciństwa, zabiera do ulubionych restauracji.

Wielką pasją Autorki jest kuchnia i to można dostrzec we wplecionych w pamiętnik (jakby włożonych między kartki notatnika zapiskach czy wycinakach z gazet) przepisach kuchni włoskiej. Mnie one zachwyciły, bo w przeciwieństwie np. do książki "Smakując Toskanię" są to przepisy łatwe do zrobienia w Polsce. Takie jakie kojarzą mi się z Włochami – dobry makaron z sosem ze świeżych pomidorów. Nie przekombinowany, a po prostu pyszny! W książce znajdziecie też opisy dań restauracyjnych jak risottto z serem z Sorano i czarnymi truflami, kotleciki jagnięce z sosem z wina sangiovese, ombrichelli all'aglione, lonza sott'olio czy ravioli z ricottą i szpinakiem pospane tartymi truflami. I te akurat fragmenty są dla smakoszy włoskiej kuchni jak najlepsza lektura dla mola książkowego. Sama przyjemność... aż ślinka cieknie!

Czytając „Dziennik Toskański” przeniosłam się wszystkimi zmysłami do Włoch... o dziwo takich jakich nie znałam. Do Włoch „poza utartym szlakiem”. I za to tą książkę pokochałam... tak jak samą Toskanię!

Jak pisze Autorka na końcu książki „Partire e un po' morire – wyjechać znaczy trochę umrzeć.” Tak się czułam za każdym razem opuszczając Włochy, a teraz trochę się tak poczułam kończąc książkę.


Książka:
„Dziennik Toskański”, Tessa Capponi-Borawska, Wyd. Rosner & Wspólnicy, 2004

2 komentarze:

  1. Fajna lektura na taki czas, jak teraz :) Wprawdzie wolę zimę od lata, to jednak miło byłoby się przenieść na chwilę w cieplejsze rejony, nawet jeśli tylko za pomocą książki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O, kolejna książka, która kusi:)

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że moje przemyślenia Cię zainspirowały! :) Wpadaj częściej! Do usłyszenia!